Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Kapuściński
Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki
Ed Vulliamy
z angielskiego przełożył Janusz Ochab

wyd. Czarne, Wołowiec

Jak żyć po wojnie
W 1992 roku brytyjski dziennikarz Ed Vulliamy wraz z reporterką telewizyjną Penny Marshall odkryli światu horror serbskich obozów koncentracyjnych w Bośni. Od tamtej pory Ed Vulliamy wciąż śledzi dalsze losy ocalonych. Towarzyszymy mu, gdy składa świadectwo w procesie Radowana Karadzicia lub gdy z dawnymi więźniami obozu w Omarskiej, którzy zostali jego przyjaciółmi, szuka szczątków ich bliskich, trafiając na mur milczenia sprawców zbrodni. To przejmująca opowieść o ludziach, którzy budują swe życie od nowa. I o ich walce o rozliczenie z przeszłością, niezbędne, by wojna naprawdę mogła się skończyć.
Olga Stanisławska

Ed Vulliamy

Ed Vulliamy
(ur. 1954) – brytyjski dziennikarz i reporter, piszący dla "The Guardian" i "The Observer". Był korespondentem m.in. w Bośni, USA i Iraku. W 1992 roku doniósł światu o obozach koncentracyjnych na Bałkanach. W 1996 roku jako pierwszy dziennikarz w historii zeznawał w Międzynarodowym Trybunale Karnym dla byłej Jugosławii, a w 2011 – w procesie przeciwko Radowanowi Karadžiciowi w Hadze. Wierzy, że zeznawanie w sprawach związanych z łamaniem prawa humanitarnego jest obowiązkiem dziennikarzy, i prowadzi liczne wykłady na ten temat.
Jest laureatem m.in. James Cameron Award, Amnesty International Media Award i dwukrotnie International Reporter of the Year Award. Jego wcześniejsza książka „Ameksyka...” została książką-laureatką 4. edycji naszej Nagrody.

Janusz Ochab

Janusz Ochab
(ur. 1971) – absolwent anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczeniami zajmuje się od ponad dwudziestu lat, przełożył na język polski kilkadziesiąt książek, głównie beletrystykę. W 2013 roku otrzymał nagrodę za przekład „Ameksyki…" Eda Vulliamy’ego – książki-laureatki 4. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. Współpracuje z wydawnictwami takimi, jak Albatros, Czarne, Agora, Prószyński i S-ka. Żonaty, ojciec dwojga dzieci: Mikołajka i Gabrysi, zapalony biegacz, ultramaratończyk.

Kamienny świat

Mariusz Kalinowski
O książce „Wojna umarła…” Eda Vulliamy’ego w przekładzie Janusza Ochaba pisze juror Mariusz Kalinowski

Opowieść Vulliamy’ego wyrasta z konstatacji: „Wszystko, co się zdarzyło podczas wojny, ma swój ciąg dalszy po wojnie”.

„Omarska była naszym Auschwitz", mówi jeden z byłych więźniów serbskiego obozu. Ed Vulliamy jest strażnikiem bośniackiej pamięci – od przeszło dwudziestu lat – broniąc jej przed wymazywaniem i zrównywaniem stron konfliktu jako współwinnych, równie „ubrudzonych”.

Oskarżany o zdradę etosu reportera, gdy zdecydował się być świadkiem w Hadze przeciwko serbskim zbrodniarzom, Vulliamy stwierdza, że chce zachować obiektywizm – wierność faktom, nie reporterską „neutralność” – stojąc pomiędzy katem a ofiarą.

Bośniacka trauma wciąż zostaje bez rozrachunku. Wobec upartych, ponawianych zaprzeczeń ludobójstwa, fikcja „pojednania” jest dla ocalonych upokorzeniem i torturą.

To wielka sztuka, umieć znaleźć właściwy ton dla ich koszmarnych opowieści – bez rozmazania i histerii, epatowania okrucieństwem, za to z uwagą i współczuciem. Vulliamy’emu to się udaje. (Ten ton brzmi czysto i wiarygodnie dzięki przekładowi Janusza Ochaba).

Książka zadaje mimochodem wiele pytań ważnych dla Polaków: o rozrywanie narodowych ran (aby nie zarastały podłością), o nasze własne rozrachunki, o to, gdzie kończy się „miękki” nacjonalizm, a gdzie zaczyna fanatyczny.

„Kamienny świat”, którego doświadczają ocaleńcy (Vulliamy pożycza tę metaforę Tadeusza Borowskiego), to także nasz świat – nie miejmy złudzeń, że żyjemy w jakimś innym.

Mariusz Kalinowski

Kilka słów o przekładzie "The War is Dead, Long Live the War" Eda Vulliamy’ego

Janusz Ochab o pracy nad przekładem "The War is Dead, Long Live the War" Eda Vulliamy’ego

Nie jest mi łatwo pisać o przekładzie, który skończyłem ponad dwa lata temu (pamięć już nie ta), ale postaram się przypomnieć sobie to i owo.

Najpierw wspomnę może o trudnościach, które zawsze towarzyszą tłumaczeniu dzieł określanych mianem „reportażu literackiego”.

Po pierwsze – szczególnie w przypadku tej książki – tłumacz musi zwracać baczną uwagę na wszelkie dane faktograficzne, daty, nazwy własne, postaci historyczne itp. Napisałem, że w przypadku tej książki było to szczególnie istotne, gdyż wojna na Bałkanach miała bardzo skomplikowane podłoże (skutek zaszłości historycznych), należało więc weryfikować wszystkie wspomniane powyżej dane, by nie zafałszować obrazu tego konfliktu – nawet jeśli oznaczało to poprawianie Autora, bo i jemu zdarzały się drobne pomyłki (co oczywiście robiłem za jego zgodą).

Po drugie, reportaż – przynajmniej w moim odczuciu – znacznie ogranicza swobodę tłumacza. W powieści mogę sobie pozwolić na swobodniejszy przekład, poświęcając precyzję na rzecz „emocjonalnej wierności” tłumaczenia i walorów literackich (oczywiście nie popadając w przesadę). W przypadku reportażu wierność przekładu wobec pierwowzoru jest o wiele istotniejsza, bo cytuję przecież słowa, które padły w rzeczywistości, i opisuję rzeczywiste wydarzenia. Z drugiej strony, chcę napisać to wszystko co najmniej przyzwoitą – jeśli nie wzorową – polszczyzną, która oddawałaby ducha oryginału.

Po trzecie – i chyba najbardziej oczywiste – tłumacza obowiązuje całkowita „neutralność światopoglądowa” wobec treści przekładu. Nawet jeśli nie do końca zgadza się ze stanowiskiem Autora, a niektóre z jego argumentów wcale doń nie przemawiają, tłumacz który podjął się już danego przekładu, nie powinien w żaden sposób okazywać swoich poglądów.

Tyle uwag ogólnych, teraz garść szczegółów związanych z tym konkretnym tekstem. Jak już wspomniałem, weryfikacja danych faktograficznych była w tym przypadku bardzo istotna i wymagała ode mnie naprawdę sporego nakładu pracy, tym bardziej, że nie znałem dobrze tego tematu. Konsultowałem niektóre kwestie z Autorem, a później także z nieocenioną Panią Redaktor, Zofią Dmitrijević.

Jeśli chodzi o drugą z poruszonych powyżej kwestii, czyli zachowanie równowagi między wiernością oryginałowi, a urodą przekładu, pewnym ułatwieniem był dla mnie fakt, że język bośniacki jest językiem słowiańskim, mogłem więc doszukiwać się bliskiego sercu oryginalnego brzmienia ukrytego za angielskim przekładem Autora. Nie mnie oceniać, jakie są tego rezultaty.

Kwestia trzecia, czyli zachowanie obiektywizmu światopoglądowego, nie przysporzyła mi szczególnych trudności. Choć tu i ówdzie dopatrywałem się pewnej stronniczości ze strony Autora, nie były to w moim odczuciu rażące przypadki, nie czułem więc nawet pokusy, by w jakikolwiek sposób ingerować w tekst.

Na koniec jeszcze kilka uwag dodatkowych. Tak się składa, że to druga książka Eda Vulliamy’ego, którą miałem okazję tłumaczyć, mogę więc powiedzieć już co nieco o jego stylu. Autor pisze piękną literacką angielszczyzną, posługuje się bogatymi i różnorodnym słownictwem, a do tego ma upodobanie do długich, wielokrotnie złożonych zdań. Muszę przyznać, że ta ostania cecha jego stylu stanowiła dla mnie pewne wyzwanie, nie chciałem bowiem zbytnio ingerować w strukturę oryginału, ale i nie mogłem budować nienaturalnie długich, a przez to ciężkich, nie do końca zrozumiałych zdań. Tu także musiałem szukać tej osławionej równowagi między wiernością a urodą…

Kolejną cechą obu znanych mi książek Eda jest szczegółowość i barwność opisów, które w obu też książkach dotyczą często bardzo przejmujących, pełnych okrucieństwa sytuacji. Nie znam dobrze doświadczeń innych tłumaczy literatury, ale ja muszę „wejść” w świat każdej książki, poczuć jej język i atmosferę, utożsamić się po części z bohaterami – dopiero wtedy jestem w stanie pracować nad nią w miarę swobodnie. W przypadku Bośniackich rozrachunków (tak jak i Ameksyki) miało to ten skutek, że wspomniane wcześniej przejmujące, drastyczne opisy mocno na mnie oddziaływały – nie jest łatwo pisać o torturach czy niezwykle bolesnych doświadczeniach, jakich doznawali bliscy mi bohaterowie w świecie, który przynajmniej na jakiś czas stał się również moim światem.

Wszystko to nie zmienia faktu, że praca nad Rozrachunkami dawała mi też mnóstwo satysfakcji – głównie dzięki klasie oryginału, ale być może także za sprawą wspomnianych powyżej trudności. Mogę chyba porównać przekład tak obszernej pracy do przebiegnięcia maratonu – w miarę jak narasta zmęczenie, biegacz/tłumacz coraz częściej myśli „Nigdy więcej”, ale gdy w końcu przekroczy linię mety, ochłonie i zobaczy, czego udało mu się dokonać, myśli już o następnym wyzwaniu.

Janusz Ochab

Książka

Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki
Ed VULLIAMY

wyd. Czarne, Wołowiec