Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Nagroda Literacka
"Proza" - laudacja na cześć laureata
Uroczysta gala 11. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy
Przedstawiamy treść laudacji na cześć Jakuba Żulczyka – laureata 11. edycji Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii „Proza” za książkę „Wzgórze psów”, wygłoszonej przez Krzysztofa Masłonia podczas uroczystej gali w Teatrze Studio.

Pytanie, jakie ciśnie się na usta po przeczytaniu nagodzonej książki brzmi: „Cośmy uczynili z naszą wolnością?”. Można też je postawić wobec generacji sportretowanej przez Jakuba Żulczyka: „Coście uczynili z wolnością wam daną”?

Otóż, czytamy, „ludzie, którzy byli młodzi w latach 70. mówią do ludzi, którzy byli młodzi w latach 90. – już was mają, chodzicie na ich pasku, jesteście niewolnikami, potraficie się jedynie gapić w telefony i telewizory i się bać, bać, bać, bać o jutro, bać się, że zabiorą wam pensje i nie będzie was stać na kredyty”. Ale zazdroszczą tym młodszym, tego, że przed nimi wciąż jest jakieś jutro, a – i już się rodzi kombatanctwo – my musieliśmy przebijać się przez beton, rozbijać o niego pięści i kolana, i stopy, i palce, codziennie. Jutro – nigdy go nie mieliśmy, w pewnym momencie przyszło samo, a my oddaliśmy wam je w prezencie. A wy co z nim teraz zrobicie?”. Jest w tym pretensja, nieco fałszywa, ale jest też jakaś prawda.

Świat przedstawiony przez Jakuba Żulczyka, polska prowincja, miasteczko jak ze złego snu nie jest wyłącznie wytworem pisarskiej imaginacji. O takim świecie nie mówi się gładkimi, okrągłymi słowami; brutalność sformułowań jest tu jak najbardziej na miejscu. Zresztą, w jednym z wywiadów nagrodzony pisarz na zarzut zbytniej brutalizacji języka, którego używa w opisie swojego wymyślonego, a przecież znanego z autopsji Zyberka, odpowiedział: „Nie miejcie pretensji do kota, że miauczy”.

W stwierdzeniu, że „Wzgórze psów” to głos pokolenia dzisiejszych 35-40-latków jest pewnie nieco przesady. Ale jest faktem, że doszło ono do punktu, w którym musi zrobić coś wyrazistego, coś niezwykłego, bo to jest dla niego ostatni moment, a tak jak jest dalej być nie może. Przez gęstą, czarną zawiesinę, w której tkwi powieściowy Zyberk, może coś się jednak przebije. Ale trzeba – cytuję – „być obecnym” i bić pięściami w rzeczywistość, a nie poddawać się systemowi, prawem kaduka uznawanemu za najlepszy i jedyny.

Ojciec głównego bohatera powieści, postać wbrew pozorom nie tak pozytywna, jak w trakcie lektury początkowo skłonni jesteśmy sądzić, trafia jednak w sedno diagnozując sytuację i wyznaczając zadania dla siebie, dla bliskich, dla mieszkańców Zyberka, a pamiętajmy – i to jest powiedziane w pewnym miejscu książki – że ten Zyberk to i Warszawa, i Trójmiasto, a jak trzeba, to i Wyspy Brytyjskie, bo i tam, i jeszcze gdzie indziej czai się zło.

„A jest ono – czytamy – po to, aby je pokonać. Taka jest funkcja zła. Bycie pokonanym. To jest jego rola do spełnienia. Rolą dobra jest zwycięstwo, a rolą zła jest przegrana. Pewne rzeczy po prostu muszą się dziać. Zło myśli, że to jest jego dom. To nieprawda, kochani, to nasz dom”.

Krytyka nie bardzo potrafiąca poradzić sobie ze „Wzgórzem psów” doszukuje się w nim thrillera, kryminału, obyczajowego fresku, próbuje zaszufladkować tę książkę. Ja wiem jedno, że te 860 stron czyta się jednym tchem, a po przeczytaniu nie zapomina się o tym, co zostało tam powiedziane.

Krzysztof Masłoń