Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery

Wydarzenia


Instytucje


Czuj duch! – słowem – chciałaby dusza do raju!..
 Lucyna Malec, Wojciech Pokora, Grzegorz Wons
Lucyna Malec, Wojciech Pokora, Grzegorz Wons
A tu św. Pieter mówi: – Tych przepuszczamy, a ci niechże wracają skąd przyszli, bo w naszym niebie nie mają czego szukać. „Stąd się sytuacja stwarza...”
Podlondyńskie, z dala od natrętnych sąsiadów, stylowe domostwo Jacka i Susie Cameronów. On – popularny i wydawany twórca poczytnych kryminałów. Ona – żona, przy nim. On próbuje zdrzemnąć się na sofie. Bez skutku. Ona, kwintesencja (typowej?) kobiecości – trajkocze, smędzi, nęka.... Jak to w stadle: „ktoś nie śpi...”, by mógł wygadać się ktoś – „to są zwyczajne dzieje...” Zwyczajny Jack, zwyczajna Susi. No, niezupełnie...
Widz nie wie nic, niczego nie podejrzewa, widz się niczego nie spodziewa. Aż tu nagle bum (a raczej – plum!) i okazuje się, że Susi i Jack to duchy. Poczciwe (wcale nie zabłąkane, gdyż ciągle „na swoim”) dusze właścicieli podmiejskiego domu. Niedawno utonęli oboje podczas wakacyjnego rejsu jachtem. Bezdzietne duchy w wieku średnim. Zawrócone od bram raju (ateista Jack nie spełniał niebiańskich norm). Nadal zamieszkują, nadal wspominają, nadal obmawiają przyjaciół i znajomych. Nie straszą. Delikatnie podstraszają. Głównie pośrednika obrotu nieruchomościami (zabawnego w prostocie myślenia i odruchów, niemal jowialnego Marka Webstera – w tej sympatyczne naszkicowanej roli Andrzej Szopa). Kolejni chętni do objęcia własności domu jakoś się (nie bez udziału Susi i Jacka) wykruszają, aż na wynajem decydują się Willisowie – para nowożeńców – niewydarzony, początkujący pisarczyk Simon (jak się okazuje, wielbiciel Camerona) i jego żona Marry. Simon (próbujący, na wzór mistrza Camerona, praktykować w literaturze kryminalnej) przeżywa męki twórcze, nie jest w stanie sklecić powyżej zdania prostego (pokłada nadzieję w genius loci domostwa Cameronów!), Mary jest w stanie błogosławionym, czyli również przy nadziei.
Ilona Chojnowska i Andrzej Nejman (tę aktorską parą oglądałem jako Willisów) grają naturalnie i z wdziękiem młodości przynależnym. Pani Ilona jest młódką milutką, ufną w pisarskie talenta swego scenicznego partnera i wdzięcznie „podtrzymującą go na duchu”. Pan Andrzej, miękko miotający się w intelektualnej niemocy swego bohatera, ładnie kreśli jego bezradność i myślowe zapętlenie, jak też szarmancki, za to absolutnie i zdecydowanie beztroski stosunek do krytycznej teściowej – Marty Bradshaw (matki Marry), która seriami niewygodnych pytań i pouczeń próbuje „postawić go do pionu”.
Teściowa w ujęciu Ewy Wencel (w zdecydowanej opozycji do jej znanych bohaterek – zahukanej Janeczki z ”M jak miłość” czy rozgoryczonej, toksycznej matki z „Placu Zbawiciela”) wymaga rozprawy osobnej! Wencel pojawia się w czerni na podobieństwo Czarnej Tarantuli (z upodobaniem kąsającej swego zięcia), by niespodziewanie (znów maczają w tym palce nasze duchy Susi i Jack) zakwitnąć Czarną Orchideą i stać się zarazem pełną ognistych żądz Czarną Modliszką – w namiętnej scenie z Websterem! Wencel przeistacza w niej kostyczną początkowo i zasadniczą wdowę Brandshaw w wulkan namiętności, tsunami pożądania, nieprzewidywalne tąpnięcie o sile wstrząsów dalece przekraczającej skalę Richtera! Jest uwodzicielskim ogniem, trawiącym bariery oporu pożarem. Najdzikszą z dzikich panter – rozjuszoną kipligową Bagherą z ostępów erotycznej dżunglii. Zniewala ofiarę (osłupiałego Webstera), by – gdy opadną „odduchowione” emocje warknąć w odpowiedzi na pytania zdezorientowanego zięcia: (– Mamo, może whisky?–) – Whisky! – (Bez lodu?) – Bez lodu!! – (– Bez wody?) – Bez wody!!! – Marta Bradshaw w interpretacji Ewy Wencel ogarnia parę emocjonalnych oktaw: od klasycznie zjadliwej, niemej obserwacji po frontalny atak (i to z każdej flanki!). Cudownie poprowadzona przez aktorkę postać. (Gdzież takie „płomienne” teściowe buszują? – chciałoby się panią Ewę spytać).
Pam Valentine, autorka „Przyjaznych dusz” (Spirit Level) sugeruje, że duchy wcale nie muszą być uprzykrzeniem i gdzieś w podtekście zdaje się widzom podpowiadać, że od obecności duchów (zwłaszcza niekłopotliwych, a niekiedy przyjaznych) częstokroć i po stokroć gorsza jest ludzka „bezduszność”. Gorsza niż brak lub zanik ludzkich reakcji, reakcji przyjaznych. W osiągnięciu coraz bardziej ludzkich (niejednemu człowiekowi obcych) zachowań dopomaga Susi i Jackowi dyskretny i bardzo konkretny Anioł Stróż (nie widziałem w tej roli Jana Kobuszewskiego, a Wojciech Pokora był, jak na swoje możliwości komediowe, niezbyt wyrazisty). Zaciekawionym dość powiedzieć, że Cameronowie poczuli odpowiedzialność za dalszy los swoich nowych domowników: Susi z wyczuciem kibicuje przybliżającym się narodzinom dziecka Willisów, Jack ulega namowom i telepatycznie „podrzuca” Simonowi parę pomysłów.
Obserwowanie Grzegorza Wonsa jako Jacka Camerona to duża przyjemność. Jego iście angielskie, flegmatyczne podawanie kwestii, spowolniony „tweedowy” gest przeplata się z żywszym wyrażaniem ocen, podszytych – bywa – lekką irytacją. Prezentuje też aktor małe emocjonalne gejzerki humoru, jak choćby w relacji Jacka o bankietowych monologach pewnego namolnego, podchmielonego gentlemana bądź komentując z wyspiarskim dystansem umysłowy poziom konwersacji londyńskich celebrytów. Susi Cameron Ewy Malec (jednocześnie asystującej reżyserowi Marcinowi Sławińskiemu) ujmuje duchowym ciepłem i wiarą w człowieka. Ta wiara może nie czyni cudów, ale – co aktorka bezsprzecznie osiąga – cudownie rozplątuje scenicznym postaciom spleciony warkocz błahostek i problemów codziennych.
Mijają dni i Anioł przedkłada Cameronom realną propozycję zamieszkania w Edenie. Czy skorzystają z niej bez wahania? Czy będą tam – bez swych „podopiecznych” – szczęśliwi? „Szczęście to sztuka bycia zadowolonym” – zanotował Ingmar Bergman. Susie i Jack takie szczęście osiągają, mogąc pozostawić w swym ziemskim domu (w pastelowym wnętrzu zaprojektowanym przez Wojciecha Stefaniaka większość z nas, jak sądzę, „zainstalowałaby się” z ochotą) szczęśliwych Mary i Simona.
W „Raju dusznym” (Hortulus Animae, polonice) pierwszej książce wydrukowanej (1513 r.) w języku polskim (napisanej przez Biernata z Lublina przeróbce popularnego modlitewnika) czytamy: „Miły Panie, seśli jim anjoła swego, ktory jich niechaj strzeże i przewiedzie do krolestwa niebieskiego. Amen.” Czy Susi i Jack powinni skusić się na anielską propozycję, musi osądzić publiczność. Ze swej strony sugerowałbym, byśmy zbyt łatwo nie pozbywali się przyjaznych dusz...

Krzysztof Rozner

Pam Valentine „Przyjazne dusze” (Spirit Level), Teatr Kwadrat
premiera – marzec 2008