Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery
Mozart współczesności i… jesień warszawska
 Karlheinz Stockhausen, Paryż 1984
Karlheinz Stockhausen, Paryż 1984
„Czy czuje się pan współczesnym Mozartem?” – zapytał kiedyś Karlheinza Stockhausena, podróżującego pociągiem z rodziną, wywiadujący go dziennikarz. Odpowiedź wybitnego niemieckiego kompozytora (1928 -2007), jednej z najbardziej prominentnej postaci współczesnej awangardy muzycznej, związanego z ruchem muzyki konkretnej i elektronicznej, będzie można poznać już 16 września w trakcie pokazu filmu biograficznego, poświęconego życiu i twórczości autora, m.in „Cosmic Pulses” („jak gdybym komponował orbity dla […] planet lub księżyców” – zwierzał się Stockhausen), a także komponowanego przez 26 lat cyklu siedmiu oper „ŚWIATŁO. Siedem dni tygodnia”. Na 51. już edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień (19 – 27 września) usłyszymy część „Czwartku”.

Będą i inne, nie mniej interesujące, propozycje prezentujące – jak zapewnił na konferencji prasowej poprzedzającej imprezę prezes Związku Kompozytorów Polskich Jerzy Kornowicz – „przekrój nurtów modernistycznych i współczesnego fermentu muzycznego”. W dużej mierze program Festiwalu wypełni muzyka kompozytorów Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Łacińskiej. Będą w tej liczbie choćby „Myślące dźwięki”, oparta na opowiadaniu Borgesa mini-opera. W glossach festiwalowych przyszły słuchacz wyczyta, iż: „jest to projekcja myśli przepływających przez głowę bohatera. […] Słyszymy je jako wyrafinowane dźwięki elektroniczne. I wiemy, co czuje głąb jego duszy. Ponieważ słyszymy, co w niej gra”. Słyszał już na początku ubiegłego stulecia „co się komu w duszy gra” nasz Stach Wyspiański na weselu u przyjaciela swego Rydla Lucjana. I spisał to nawet, choć – dla wszelkiego bezpieczeństwa i w poszanowaniu czytelnika – o żadnym głąbie nie wspominał…

Poplonem fonograficznym „Warszawskiej Jesieni”, na który przyjdzie wszakże co nieco poczekać (a warto, jeśli znajdą się tam nagrania takiej sławy altowiolinistki, jak Tabea Zimmerman), stanie się płytowa kronika Festiwalu, zrealizowana pod egidą Polskiego Centrum Informacji Muzycznej.

Muzyka (bodaj każda, współczesna zatem też) łagodzi, jak powiadają, obyczaje… Pomstują stołeczni kierowcy na przedłużające się remonty miejskich arterii i korki („że to, kochany sąsiedzie, stojąc w tych korkach, niedługo wykorkować przyjdzie”, chociaż, z drugiej strony, „ogólnie nie jest źle, bo – motoryzacja na sto dwa!”). A tymczasem pasażerowie autobusów (co to „czerwienią migają, zaglądając do okien tramwajom”), jeszcze nie do końca uprzywilejowanych kontrowersyjnymi buspasami, raczą się wzajem – obyczaje wspomniane łagodząc - odgłosami z nauszników (czytaj: symbolicznych słuchawek), serwując współjezdnym darmowe koncerty, do których dodatkowe nagłośnienie okazuje się zbędne, gdyż nawet „blaszany bębenek”, w najdalszym od emitenta dźwięku zakątku autobusu czy tramwaju, ma niepowtarzalną możliwość pęknięcia z wielkim hukiem. Bliźniego swego do-kulturalniając, obdarzają nas słuchawkowicze potężną porcją rytmicznych trzasków i grzmotów, jak mawiał Zenek Piekutoszczak „w dziąsło szarpanych”. „Szarp pan bas!” – chciałoby się zaproponować alternatytwę, nucąc w ślad za niegdysiejszym przebojem Wojtka Młynarskiego. Eh, bas… Nie ten czas…

Przypomina się urywek z wywiadu-rzeki filozofującego dyrygenta, wziętego współczesnego muzyka Daniela Barenboima o roli i znaczeniu, jakie w muzyce odgrywa… cisza. O ciszy na Festiwalu zabierze głos Marcin Bortnowski w swej kompozycji „…looking into the heart of light, the silence”. O ciszy ślicznie popełnił T.S.Eliot (w tłumaczeniu Czesława Miłosza): „A kiedy wracaliśmy, późno […] nie byłem żywy ani umarły. Nie wiedziałem nic, zapatrzony w serce światła, w ciszę”.

Organizatorzy „Jesieni” podkreślają wymierne i niewymierne profity, jakie Warszawa dzięki Festiwalowi osiągnie bezsprzecznie. Na tegoroczny zamówiono specjalnie 13 utworów, a trzynastka dla nieprzesądnych zazwyczaj bywa szczęśliwa. Trzymanie kciuków za sukces uznanej i znanej imprezy nie jest tedy koniecznością. Gdyby natomiast tradycji festiwalowej miało stać się zadość, publiczność – gdy potrzebę taką odczuje – bez skrępowania może pozwolić sobie na gwizdanie, jako że określane jest ono przez bywalców, fanów, a i samych organizatorów wreszcie jako towarzysząca Festiwalowi od jego początków „największa tradycja”.

Wydarzeniem rozpoczynającej się niebawem „Warszawskiej Jesieni” ma być wykonanie stockhausenowskiej kompozycji „HYMNEN mit Orchester”, na którą złożą się hymny państwowe z ponad stu krajów świata, splecione w jedną całość, a wykonane wspólnie przez niemieckich i polskich muzyków, jako zwieńczenie dziesięciodniowych warsztatów w postindustrialnym, przystosowywanym dla potrzeb warszawskiej kultury Koneserze.

Mimo że tegoroczna muzyczna jesień dla koneserów zapowiada się w Warszawie nad wyraz atrakcyjnie, to – nie wiem jak Państwu – „a mnie jest szkoda lata…”

Krzysztof Rozner