Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery
Złote Berło dla Jego Inteligencji Wojciecha M.
 Wojciech Młynarski
Wojciech Młynarski
W Teatrze Ateneum, obstawionym wielkimi jak kamienice wozami transmisyjno-realizacyjnymi TVP, Fundacja Kultury Polskiej wręczyła 27 października 2008 swoją doroczną nagrodę – Złote Berło. Tym razem „za pełną niezwykłych walorów śpiewającą twórczość, kreującą estetyczną i etyczną wrażliwość kilku pokoleń Polaków” odebrał ją Wojciech Młynarski. W teatrze, ocenianym „fachowo” w jednej z jego piosenek (a napisał ich, jak sam powiada, około trzech tysięcy) przez meneli z Powiśla („Ate-neum jest pięknym teatrem…”), w teatrze, w którym, związany z nim od lat, zrealizował „Hemara”, „Brela”, „Wysockiego”...
„Bo teatr to jest – płacz, kolego… Bo teatr to jest – śmiech, kolego…” jak to ujęli napotkani przez Młynarskiego filozofowie z murku przed spożywczakiem na Dobrej, z gębami siekniętymi wiślanym wiatrem. Podobnie w pana Wojciecha piosenkach jest – i do płaczu, i do śmiechu. No i zawsze myśl w nich jest. Dla myślących.
Podczas przeprowadzonej z nim przed siedmiu laty rozmowy („Salon Polski” Nr 5/6 2001) namówiłem Młynarskiego, by zdefiniował receptę na udane piosenki literackie, nazywane przez badaczy tego zjawiska, portretującego i komentującego realia, śpiewanymi felietonami, nacechowanymi przy tym poetycką magią. – „Powinny lapidarne być i chwytać. Żeby między ludźmi zaiskrzyło.” – odparł. „Zakładając – dodał – że trafiają na człowieka z pewnym ilorazem IQ. Piszę teksty w taki sposób, że proponuję jakąś formę gry czy zabawy z odbiorcą. Jeśli słuchacz te grę podejmuje i bawi go to jak prowadzę do pointy – no to już jest dobrze”.
W Ateneum przy wręczaniu Złotego Berła było więcej niż dobrze. A to dzięki śpiewającym piosenki Młynarskiego aktorom i pierwszej damie polskiego jazzu. Kulturalnie i z wyczuciem swingu zanucił „Bynajmniej” Grzegorz Damięcki. Przykładem kultury przekazu lirycznego tekstu („La valse du mal”) przez aktora inteligentnego (który wie jak doskonale na klawiszach emocji delikatnie grac) był niezawodny Zbigniew Zamachowski (uściskałaby go pewnie śpiewająca kiedyś tego walczyka namiętnie i zmysłowo Kalina Jedrusik). Zmysłowo zapachniały „wykwintnym żartem rzuconym od niechcenia…” śpiewane przez nieustająco apetyczną wzrokowo i wokalnie Joannę Trzepiecińską „Truskawki w Milanówku”. Z niedbałą gracją „Piosenkę starych kochanków” (do muzyki Jacquesa Brela) przypomniał Marian Opania. Na wysokim poziomie (nie tylko ze względu na wzrost wykonawcy) wybrzmieli „Alkoholicy z mojej dzielnicy” , zaśpiewani przez Piotra Machalicę, aczkolwiek „krwiste, soczyste” wykonanie przez samego autora cenię jeszcze wyżej. Nie zachwyciła, niestety, Magda Umer. Cóż, nie zawsze i nie każdemu dane jest zaśpiewać z lekkością – „Tak jak malował pan Chagall”. Ale zaraz potem Piotr Fronczewski (w „Dobry wieczór Państwu”) udowodnił , że –reklamując obficie uwielbiany przez psa Fąfla bank – nie zapomniał o trudnej sztuce estradowego monologu i brawurowo zrelacjonował pomysły pewnego estety-wrażliwca na reformę cyrku. Rolę prowadzącego rozśpiewaną przerwę w szkolnej klasie Chmurnego Dyżurnego wziął na siebie Andrzej Poniedzielski, któremu odznaczany Wojciech M., zgodnie z przysługującym mu zwyczajem Fundacji, przyznał – upatrując w konferansjerze i poecie kontynuatora swej stylistyki – „Małe berło”. Telewizja Polska rejestrowała koncert skrzętnie. Jeśli zauważą Państwo w zapowiedziach jego emisję, radzę obejrzeć!
Młynarski, pamiętam, mówił mi kiedyś: „Zarówno u siebie, jak i u innych interesuje mnie nie wkład wysiłku a efekt trudu. Może nie za bardzo wierzę w natchnienie. Tekściarstwo jest rzemiosłem – albo mamy porządnego szewca czy krawca, albo partacza”. Mniej wiecej to samo powtórzył podczas uroczystości: „Każda dziedzina sztuki musi mieć charakter cechowy. Musi być mistrz i czeladnik”. Jako swoich Mistrzów wskazał m.in. Mariana Hemara, Juliana Tuwima, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Jeremiego Przyborę, Jerzego Wasowskiego, Agnieszkę Osiecką, Jerzego Dobrowolskiego, Stanisława Dygata. By móc rzetelnie uprawiać swe rzemiosło – podkreślił – trzeba: „Mówić i pisać prawdę, lubić ludzi, zachować w każdej sytuacji zwykłą, ludzką przyzwoitość. Robić swoje.”
Co nam jakieś kryzysy! Niech tam wygrywają czy przegrywają! Niech się wali i pali na Wall Street! „Kiedy kocham, gram o wszystko” – śpiewając tę frazę z młynarskiego magazynu szlagwortów, w niuansowanej interpretacji („Gram o wszystko” ) Ewa Bem podpowiedziała, że w rozgrywce z życiem siłę nieprzecenioną daje… miłośc. Młynarski, Proszę Państwa, słów majster przedni radzi też nie zapominać, że oprócz gonitwy codziennej, interesów i polityki jest jeszcze kilka innych spraw: „…wiosenne gwiazd obroty, księżyc bezczelnie złoty, poety świt mazurski i koncert brandenburski”.
Korzystając ze śpiewanych rad Jego Inteligencji Wojciecha M., róbmy swoje. I kochajmy (się!).

Krzysztof Rozner