Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery

Instytucje

Klub Księgarza
stowarzyszenie

Kiry Gałczyńskiej gnomy i anioły
„…lecz Wojski zbierał muchomory…” Tak jak jedni z pasją śledzą „oczywistości oczywiste”, rozdrapując zgrzybiałe narośla, przesłaniające zdroworozsądkowe traktowanie dni bieżących, tak są i ludziska nie dotknięci jeszcze jakimkolwiek schorzeniem substancji szarej. Ci przyhołubiają, dla przyjemności swej, niematerialne bądź zmaterializowane rozmaitości rozmaite. Jedni – na przekór normom – gromadzą dziwolągi, inni zaś pospolite zgoła rzeczy. Przyziemne albo jakowąś uskrzydlone ideą. Gałczyńska poszła w anioły, przy tym – jak sama przyznaje – bardziej w ześwieczczone, niźli układnie bogobojne. Ma zatem, podarowane jej z serdecznej życzliwości przeważnie, angelusy o refleksyjnych twarzyczkach intelektualistów, ma i takie z filuternymi gębusiami wesołków – przedrzeźniaczy i prześmiewców, karykaturzystów ludzkiego żywota. Typowe i oryginalne, anielskości swej dosłownej jakby z lekka przeczące. Bez aureoli i charakterystycznych, stricte niebiańskich atrybutów.

Czy owo zbieractwo, czy nieodgadnione powody z pogranicza metafizyki, podsunęły autorce pomysł, by w tytule kolejnej książki wystąpił anioł, do tego na poły zielonoskrzydły? Odpowiedzi czytelnik musi poszukać na kartach tego „dziennika-miesięcznika”,w dających się przewidzieć lub przypadkowych zdarzeniach, w miesięczne bowiem klamry lat poszczególnych autorka je ujmuje. Wybrała Gałczyńska dla swych subiektywnych kronikarskich rozważań pierwsze pięć lat XXI wieku, pierwszą „pięciolatkę” trzeciego tysiąclecia. Wszelako raz po raz sięga autorka w przeszłość odleglejszą, wyłuskuje fakty i postaci, przypomina odciśnięte przez pieczęć czasu miejsca, kształty, barwy i zapachy. Zaplata refleksje, próbuje rozwiązać – przy milczącej aprobacie czytelników – doraźne, nurtujące ją i nas, dylematy i wątpliwości. Przy okazji znamiennego roku 2000 przypomina towarzyszące nam wszystkim, w momencie ”czasowego przełomu”, obawy, apokaliptyczne przepowiednie, oczekiwania, nadzieje. Apokalipsy, jak widać, nie było, a co do nadziei... Po początkowym „wytężaniu słuchu”, wypatrywaniu jakowychś zasadniczych, spektakularnych zmian (ma się rozumieć, wiodących ku lepszemu), złudnych wizjach, rodem z młodopolskich zaklęć, że oto „Anioł z nieba leci!”, przynajmniej część nadziei naszych, niemała, rozwiała się jak wisząca nad bagniskami mgła i jak mgła w bagniska wsiąkła. „Zabrałam się – oznajmia autorka – do pisania w ponurym czasie niewyobrażalnych kłótni, oskarżeń, pomówień, agresji, rzucania inwektyw, słów ciężkich jak pudowe głazy, słowem całego tego szamba, które zalewało Polaków. Do którego moi krajanie jakby pomału przywykali, choć nie powinni”. Z tego pisania – dla Gałczyńskiej rodzaju autoterapii – korzysta dziś czytelnik.

„Anioł...” to książka pełna światła, pisana z szerokim oddechem i z takimż oddechem wydana – za smak, takt, wyczucie, odpowiednie, integralnie korespondujące z treścią stronic inkrustacje zdjęciowe i ikonografię należą się projektantkom i autorkom układu graficznego doprawdy niskie ukłony.

Bodaj większość niż połowę przywoływanych przez pisarkę, skrupulatnie zanotowanych przez pamięć i pióro incydentów z mniej lub bardziej odległej przeszłości, wycieczek wstecz, należałoby umiejscowić „po jaśniejszej stronie Księżyca”. Aczkolwiek, i to nie gwoli zachowania konstrukcyjnej równowagi, ale – poniekąd z przyczyn od autorki niezależnych – znajdziemy w „Aniele...” napomknienia i wystarczająco pojemne myślowo minikomentarze do „postępującego coraz szybciej szaleństwa świata tego”. To naszego ziemskiego Księżyca ciemniejsza, choć nie do końca ciemna, strona. Jaśniejszą upodobały sobie anioły, ciemniejszą, zgodnie z charakterem i preferencjami – gnomy. Na szczęście w proporcji na niekorzyść tych drugich.

W swej literackiej podróży spotyka autorka anioły z krwi i kości. Portretuje je zgrabnie i celnie. Anioły, we wcieleniu człowieczym, w opowieści Gałczyńskiej sfruwają niespodziewanie, okazują życzliwość, służą pomocą, towarzyszą. Inne po prostu – są. „Ci odlatują, ci zostają...”, jak śpiewano kiedyś. Któż to taki, te anioły (?). Ot, chociażby pewien pogodny mężczyzna o rdzennie polskim imieniu, w szerokoskrzydłym kapeluszu, nieznajomy z pociągu, oferujący – gdyby zaszła taka potrzeba – usługi spedycyjne prowadzonej przez siebie firmy. I dotrzymujący słowa. Anioł nie człowiek! Albo – anioł? nie anioł? – pewien młodzieniec-nawiedzeniec, jednocześnie mąż i ojciec rodziny, dokumentnie sfiksowany na punkcie poety Konstantego i jego twórczości, wyszarpujący nie wiadomo skąd materialne ślady po autorze „Ulicy Szarlatanów”, ocalający je „od zapomnienia”, egzemplifikujący taki zapis pani Kiry: „każdego roku wśród młodych coś się dzieje z Gałczyńskim. Wzrusza ich, bawi, szukają w nim odpowiedzi na ważne pytania współczesności, coraz trudniejszej, coraz okrutniejszej. Jest im potrzebny. Bez względu, co myślą na ten temat znudzeni dorośli”.

O jakich jeszcze aniołach jest w „Aniele...”? O pewnej pięknej, z aksamitnymi oczyma, Anielicy z Krakowa, która wbrew pełzającej obojętności i znieczuleniu, niesie „mimo wszystko” pomoc ludziom dotkniętym przez los chorobą i cierpieniem, sama pięknem, dobrem i mądrością promieniejąc. A Człowiekiem, w którym Anioł zamieszkał będąc, pozostaje Artystką najczystszej próby, obdarza swym talentem któreś już z kolei pokolenie widzów, łaknących spotkań z poezją słuchaczy, dzieli się nim, wychowując jeszcze nieopierzonych adeptów aktorskiego rzemiosła.

Nie ma ludzi i aniołów bez wad. W „Aniele...” sporo miejsca zajmuje wnikliwy, misternie skonstruowany (z rzadka, jeśli w ogóle, przypominanymi zdjęciami) esej o gigancie aktorstwa, tytanie i alchemiku teatralnej roboty, podziwianym, wielbionym i... upokorzonym, który w swej maestrii osiągał iście anielskie wyżyny. Potrafiącym być lojalnym druhem, ale bywającym i potworem.

Wspomina autorka postaci (w jej historiach z rolami znaczącymi i epizodycznymi) o cechach odstępujących – w sensie pozytywnym – od normalności, skupiające w sobie fundamentalne pierwiastki człowieczeństwa, jakie w każdym z najlichszych aniołów organicznie są. Jak np. owego pełnego wewnętrznej szlachetności i gotowości służenia innym wyznawcę angelologii, co to zauroczył, za żonę pojął i nad Wisłę przywiózł Rosjankę śliczną, a zostawszy szefem wpływowej machiny od „inżynierii dusz”, sugerował różnicujące politycznie przekonania pozostawiać w szatni. Napotkała też „aniołopodobnego” człowieka - instytucję, „a do tego najzwyczajniej dobrego człowieka”, co to potrafi pomóc, „gdy nikt z dawnych przyjaciół i rzekomo dobrych znajomych” nie chce tego robić. Pojawił się i najzwyklejszy „anioł” magistracki, nie zabarykadowany za warownym biurkiem urzędasowego, nieprzystępnego grodu. Gałczyńskiej udało się i udaje takie – różne ludzkie anioły – zebrać w swej kolekcji.

I ten Anioł z pewnością dla niej najważniejszy. Stale obecny, choć na co dzień wędrujący gdzieś, hen, po łąkach, niebieskich, a raczej zielonych, pod rękę z wielbicielem i piewcą zaczarowanych dorożek... Bezustannie czuwający nad każdym krokiem, podążający za myślą każdą. Anioł „o twarzy z czasów Peryklesa, godnej mistrzowskiego dłuta”, w postaci kobiecej. O której to postaci anielskiej autorka pisze: „Ilekroć oglądam coś poruszającego, zawsze żałuję, że jej nie ma przy mnie, że nie możemy pogadać, wymienić wzruszeń...”.

Gnomów Gałczyńska nie gromadzi. Pojawiają się same. To wychynie gnom taki przy okazji lub też… bez okazji. Gnomów ci u nas dostatek! Gnomy, niejednokrotnie utytułowane, cierpiące na amnezję, zaprzeczające np. istnieniu jakiegokolwiek polskiego życia intelektualnego i artystycznego w okresie między lipcem 1944 a czerwcem 1989. Gnomy porażające taką umysłową infantylnością, że aż śmieszne, „o ile głupota może bawić”. Ale – jak zaznacza Gałczyńska – „jednocześnie przerażająco smutne, gdy dochodzi się do przekonania, że na polityczne zacietrzewienie nie ma w Polsce ratunku”. Gnomy odzwierciedlające „fragmencik polskiego <piekła> w wydaniu cmentarnym” (casus z ratowanymi przez pewnego profesora niszczejącymi kamiennymi macewami). Gnomy dyskutujące (niczym postaci w Zielonogęsiowym teatrzyku) o projekcie pewnej ustawy, w pewnym okrągłym budynku, który z racji nie jedynie swej okrągłości może coraz częściej być mylony z cyrkiem. Gnomy okłamujące, „bezinteresownie” złośliwe. Gnomy „w oparach absurdu” podejmujące w myśl wymyślnych ideologii taką czy inną, kuriozalną decyzję, rozdzierające szaty... Gnomy kołtuniaste, opisane jeszcze przez Zapolską, a „i dziś, w nowym tysiącleciu, mające się tak dobrze”. Gnomy – dramatis personae współczesności naszej – względem których autorka, wzorem starożytnych mistrzów, ucieka się do wstawiennictwa u siły wyższej: „Niech je zatopi tsunami, nich spali piorun, niech Zeus gromowładny całe to paskudztwo zamieni w popiół!”

Odnajdziemy w „Aniele...” słowne przystawki-konterfekty, przystawki-obrazki spoza anielsko-gnomicznej kategoryzacji. „Bo są jeszcze rzeczy inne...”, o których Gałczyńska ledwie napomyka, a które okazują się być, wbrew pozorom, w naszym ziemskim bytowaniu dość istotne. Jakie to napomknięcia? Choćby o... umawianiu się , w pewnej malowniczej wsi pod Pułtuskiem, na randkę z zającem, namiętnym amatorem liści czerwonej kapusty.

Jest „Anioł...” Gałczyńskiej książką, którą czyta się – bo inaczej prawdopodobnie nie sposób – nie od okładki do okładki, „od deski do deski”, ale – niczym na lodowisku – kręcąc „ósemki”, czyniąc nawroty ku już czytelniczo przetrawionym rozdziałom, latom, miesiącom zdarzeniom, portretom. Jak gdyby z chęci powtórnego, z jakichś powodów koniecznego, odnotowania pewnej frazy, a i doprecyzowania, w jakim stopniu z poglądami / obserwacjami autorki się zgadzamy / utożsamiamy, a z jakimi gotowiśmy (zawzięcie nawet) polemizować. Bowiem ta osobista podróż córki Konstantego Ildefonsa i srebrnej Natalii w czasie, jest zarazem podróżą naszą. Podróżą ludzi myślących.

Z książkami wartościowymi i edytorsko smakowitymi rozstawać się trudno. Przewidywalnym i nieprzewidywalnym rozstaniom z ludźmi (i aniołami) autorka „przypisuje nie tylko swoją winę”. Zielonoskrzydłość, aczkolwiek połowiczna – na poły z bielą skrzydła drugiego – tytułowego anioła pozwala przypuszczać, że Gałczyńska nie traci wiary w potęgę zieleni – koloru ukojenia i, mimo doświadczeń rozmaitych, ciągłej nadziei. Czy i tej, że „zjadaczy chleba w aniołów przerobi…”?

Krzysztof Rozner

Kira Gałczyńska, „Mój anioł ma skrzydło zielone”, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2008
Promocja w Klubie Księgarza 18 grudnia 2008 o godz. 17:00