Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery

Wydarzenia


Nie ma takiego głupka, który by jeszcze głupszego nie znalazł
 Krzysztof Tyniec i Piotr Fronczewski
Krzysztof Tyniec i Piotr Fronczewski
O ptaku-głuptaku opowiadał mi przed laty pewien bywały wilk morski (z profesji ichtiolog). Obserwowane przezeń i jego kumpli ptaki owe miały to do siebie, że przysiadały na falach, jakby bez-umyślnie prowokując co bardziej pokaźne a zgłodniałe ryby, by sobie tak łakome kąski pochłonęły. Homo sapiens – żadne to odkrycie – potrafi, wobec przedstawicieli swego gatunku, w okrucieństwie swym być bardziej (bo jedynie dla zabawy) okrutnym od zwierząt. O takiej (czy okrutnej w ocenie widza?) bezkrwawej zabawie traktuje „Kolacja dla głupca” Francisa Vebera (reżysera filmowego, scenarzysty), którą warszawskie Ateneum pokaże w lutym 2009 po raz pięćsetny.
„Głupców nie sieją – sami się rodzą” – takim przysłowiem mógłby tłumaczyć swoje hobby, natrząsanie się (wraz z kolegami, w trakcie specjalnie organizowanych w tym celu kolacyjek) ze starannie dobieranych, nieświadomych niczego głupców, Pierre Brochant (Piotr Fronczewski), właściciel znakomicie prosperującego wydawnictwa. Brochant szykuje się właśnie do wyjścia na przyjacielską „kolację” z wyselekcjonowanym przez jednego ze znajomków głupcem (spotkanym przypadkowo w pociągu). Ale gdy schyla się w łazience po mydło, wypada mu – któryś już raz – dysk. Zgięty w pałąk cierpi, ratując się okładami z lodu. Z kolacji nici, trzeba wezwać znajomego lekarza-profesora (Sławomir Holland). Ten, nastawiwszy felerny krąg, zostawia na stoliku silne środki przeciwbólowe i wychodzi. Wychodzi także, podobno na inną proszoną kolację, żona Brochanta, Christine (Marzena Trybała). Brochant wprawdzie kolację z przyjaciółmi odwołuje, przekładając ją na termin późniejszy, nie zdążył jednak zawiadomić o tym głupkowatego głównego jej bohatera, który już wyszedł był z domu. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami „upolowany głupek” ma zjawić się – po drodze – w mieszkaniu mającego kłopoty z kręgosłupem Brochanta. Tak też się staje...
François Pignon (Krzysztof Tyniec) pojawia się w luksusowym apartamencie Brochanta niczym postać z rzeczywistości odrealnionej (już od pierwszych sekund, zanim padnie z jego ust pierwsza sylaba, wydobywając z gardeł urzeczonej publiki głośne salwy śmiechu). Ten pokraczny w swej mizernej fizyczności urzędniczyna, o fizjonomii czujnego świstaka, w chwilach emocjonalnych uniesień przybierający pozy wręcz karykaturalne (fenomenalnie dobrany przez aktora repertuar – bez przerysowania – gestów i nerwowych tików) ma równie zabawną (dla „normalnych”), jak on sam, pasję konstruowania z tysięcy zapałek architektonicznych makietek znanych obiektów. I potrafi rozprawiać o tym godzinami. Jego zapalczywość w przedstawianiu swych przemyśleń, prestidigitatorska zręczność w artykułowaniu możliwych rozwiązań pojawiających się problemów (gdybyż tylko zapałczanych!) dosłownie wciska Brochanta w kanapę. Pignon, księgowy wydziału podatkowego Ministerstwa Finansów (któremu w kategoriach głupoty Brochant przyznaje w myślach tytuł niekwestionowanego „mistrza świata”) przy – absolutnie bezsprzecznej – etykietce dziwaka, okazuje się być wrażliwcem, umiejącym okazać autentyczne współczucie, gotowym bezinteresownie nieść pomoc wszystkim, którzy jej potrzebują. A że pomocy potrzebuje akurat Brochant... Ciąg dalszy i wynikające z tego wszelakie implikacje łatwo sobie wyobrazić... Pignon i Brochant szamoczą się z „wariacjami” spadających jak grad, nowych, nieprzewidywalnych konsekwencji ich pozakolacyjnego spotkania, w czym partnerują im Juste Leblanc (Marek Lewandowski) – dawny partner Christine, a przyjaciel Brochanta, Marlene (udana rola Sylwii Zmitrowicz) – nimfomanka, buddystka, bohaterka przelotnego romansu Brochanta, od której uwolnić mu się niełatwo i Lucien Cheval (wyluzowany ale i podejrzliwy Tadeusz Borowski ) – kontroler podatkowy, węszący uchybienia wobec fiskusa „w każdych okolicznościach przyrody”, nie odpuszczający nawet poza godzinami urzędowania.
We współczesnej komedii Francisa Vebera rozgrywający główne partie Fronczewski i Tyniec dobrali się jak w korcu maku. To więcej niż inteligentne a wdzięczne, konsekwentne partnerowanie. Nazwałbym to raczej aktorską symbiozą na takim poziomie wspólnej zabawy rolami, że (na oglądanym przeze mnie, a wierzę, że i na innych spektaklach) obaj mogą pozwolić sobie na (celowe lub też przypadkowe) „ugotowanie” partnera. Bawiąc się sami, tym bardziej bawią obserwującą takie „momenty” publiczność. A serwowana dawka humoru osiąga wówczas siłę eksplozji.
Fronczewski (utrzymując warsztatową maestrię) gra właściwie wyrachowaną kanalię. Jego Brochant, z początku traktujący Pignona dość obcesowo, musi, z czasem, zmierzyć się z faktami, a te nie są dlań zbyt wesołe. I wówczas widzimy, że ewoluuje – w lekceważonym dotąd głupcu zdaje się zauważać człowieka. Inna sprawa, czy jest to reakcja ledwie chwilowa...
„W Tyńcu, w gospodzie <Pod Lutym Turem>, należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi, słuchając opowiadania...” – to, jak Państwo pamiętają, Sienkiewicz. Przy Tyńcu (Krzysztofie), w Ateneum, w szponach spazmatycznego śmiechu, najzdrowszego ze zdrowych (ściskającego przez bite dwa akty) siedzi po brzegi nabita widownia. Pana-Krzysztofowy Pignon to aktorski rarytasik!
„I śmiech niekiedy może być nauką...” ten wywód polskiego biskupa do sztuki francuskiego autora (Veber napisał i wyreżyserował też m.in. filmową, przezabawną „Plotkę”, której bohaterem jest także księgowy François Pignon) pasuje jak ulał. Pointą bowiem „Kolacji dla głupca” jest, że oto zapraszający na tę „wieczerzę dla jaj” ma okazję poczuć się – przez niespodziewany bieg wypadków – w roli potencjalnego zapraszanego. Chciał wykpić "głupka", tymczasem życie zakpiło z niego. Okazał się głupszy, niż sam mógłby przypuszczać. I jak tu się mieć z pyszna?! Ale dla widzów – jako że jakość przednia! – zabawa pyszna! Pięćset przedstawień. I taka gra! Nie wiem, czy aktorzy „Kolacji...” są (w schedzie po dyrektorze Holoubku) fanami kart. Ale – w takim stylu – niech dociągną (i dograją!) do... tysiąca!

Krzysztof Rozner