Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery

Wydarzenia


Instytucje


Przełom w moherze dzierganym włóczką przaśno-delikatną
 Ewa Kasprzyk i Paweł Małaszyński
Ewa Kasprzyk i Paweł Małaszyński
"Berek", ostatnia powieść Marcina Szczygielskiego, spotkała się z czytelniczymi reakcjami (nie ma tu co unikać pokutujących w powszechnej świadomości określeń!) tak odmiennymi, jak sam poruszany przez nią temat. Bo traktuje o odmienności – w ujęciu statystycznym przynajmniej – i o do tej odmienności, excuse le mot, stosunku raczej powszechnym. Czytelnicy, komentujący lekturę na internetowych forach, nie szczędzili ocen – od kitu po hit, od formalnego gnieciucha po pozycję odkrywczą i świetną, od akceptacji po zniesmaczenie, od odrzucenia po głębszą refleksję. Zarzuty główne: nadmierny schematyzm postaci, przejaskrawienie postaw, przypominająca tytułową grę w berka, wydawałoby się monotonna przerzucanka monologowych wynurzeń bohaterów, wreszcie trudny do wyobrażenia przez niektórych, a do zaakceptowania przez innych happy end. Ustalmy: „Berek” Szczygielskiego to z całą pewnością nie "Tajemnica Brokeback Mountain" Anga Lee (film na podstawie noweli zdobywczyni Nagrody Pulitzera, Annie Prolux). W tamtym przypadku zdania były nie mniej podzielone. Od – „ten obraz nie powinien powstać” po – „film wstrząsnął mną, gdyż jest jakiś wyjątkowy, nie można oprzeć się wrażeniu, że historia Ennisa i Jacka wydarzyła się naprawdę”. Czy można równie wierzyć berkowej prawdzie Szczygielskiego?
Zaadoptowanego przez autora „Berka”, specjalnie dla warszawskiego Teatru Kwadrat , wyreżyserował Andrzej Rozhin. „Rzecz to śliska” - uwagę Dyndalskiego (na wszelki wypadek przypomnę: z fredrowskiej „Zemsty”) dałoby się, w roli etykietki, przykleić do tego odważnego pomysłu. Odwagę i determinację wykazał aktorski duet, kreujący głównych bohaterów komedii (z moralno-dydaktycznym podtekstem) – „Berek, czyli upiór w moherze”.
Gdzieś, w wielkim kanionie polskich blokowisk, w typowym mrówkowcu-korytarzowcu żyją obok siebie, przez ścianę (przypomina się „w innym temacie” nakręcone „Za ścianą” Zanussiego) gorliwa wyznawczyni nauk toruńskiego ojca dyrektora, zażywna i jazgotliwa emerytka Anna Lewandowska („spod piątki”), która przy wyjściu z domu wieńczy swą fryzurę moherowym beretem, i Paweł, dwudziestodziewięcioletni gej, poszukujący nieustannie prawdziwego uczucia w trwałym związku, jak na razie bez powodzenia. Samotna kobieta, z rzadka odwiedzana przez córkę. Samotny mężczyzna bez stałego partnera, popadający w coraz większą frustrację. Prowadzą względem siebie śmieszną lub mniej śmieszną wojnę podjazdową – na decybele hałasu, od których wysiadają korki, na wrzaski, soczyste inwektywy, wygrażania, stukanie w ścianę aż po mało wybredne numery, kiedy to emocje biorą górę nad rozumem. Funkcjonują jak dwa przeciwne bieguny magnesu, czyniąc przy lada pretekście drugiemu, co mu najbardziej niemiłe. Ona gotowa go winić za zgniliznę świata całego, on gotów dopatrywać się takiej samej winy w jej niezrozumiałej dlań dewocji. Konflikt nabrzmiewa. Nadchodzi jednak dzień, kiedy pęka niczym skorupka jajka ciśniętego (w zemście!) na wycieraczkę madame Anny z paradoksalną inskrypcją „Welcome”. Następuje „zawieszenie broni” aż do „całkowitego rozbrojenia”. Do dokonania „przełomu w moherze” potrzebne było złamanie przez Annę na schodach kończyny dolnej, co natychmiastowo uruchomiło w Pawle altruistyczną chęć niesienia pomocy. W myśl maksymy – nie zdradzajcie, abyście nie byli zdradzani – finału nie zdradzam...
Ale zdradzić muszę, że w tej „śliskiej”, haftowanej często gęsto grubym ściegiem (podobnie jak poduszeczka z podobizną św. Teresy) materii zarówno reżyser, jak i aktorzy, poruszali się z dużym wyczuciem. „Moher” kreślony przez Ewę Kasprzyk wyraziście, bez konturówki, mocnymi akordami nie jest upiorem w sensie dosłownym, upiorkiem raczej (było takie pojęcie pralnicze - „upiór dzienny”), ukształtowanym przez życie niełatwe, naznaczonym wieloletnią harówą w peerelowskim bufecie, odmóżdżanym telewizyjną papką coraz podlejszych seriali. Upiorkiem godnym pożałowania, ale czy typowym w równym stopniu jak – proporcjonalnie – infantylizm niektórych (excuse le mot bis) członków wybieralnych organów? (Nie przesadzałbym z tą moherową typowością, oj, nie przesadzał).
Kasprzyk jest prawdziwie ludzka – i w swoiście logicznych wywodach prowadzących do konkluzji prostych, i w myślowym zapętleniu, w samooskarżeniach i samousprawiedliwieniach. W tragikomicznych gestach i grymasach. W delektowaniu się herbatką. W człapaniu. W dzierganiu. W patencie na odkurzanie wiszącego nad wersalką wielgachnego monidła z aniołkami i nimfą. Aktorka „kupuje” publikę, a publika „kupuje” ją. Kasprzyk ma pełne prawo dodać rolę moherowej Anny do kolekcji udanych.
Sprawdził się (jako Paweł) Paweł Małaszyński (któremu nareszcie dano na kwadratowej scenie możność wygłaszania większych, aniźli monosylaby, partii tekstu). Jego szamotanina ze znalezieniem kogoś bliskiego, skacząca sinusoida samooceny, narcyzm i dezaprobata względem samego siebie – to postać ulepiona z psychofizycznych detali, w jakie aktor wyposażył scenicznego bohatera. Unikając nadmiaru tanich efekcików, jakich przy rolach homoseksualistów nie wszystkim jego kolegom-aktorom udaje się uniknąć. O ile „moher” Ewy Kasprzyk poraża niekontrolowanymi wybuchami głupoty, o tyle Paweł – Małaszyńskiego – poraża (po eksplozjach bezsilnej wściekłości) delikatnością wewnętrznych pokładów życzliwości i bezinteresowności. Umiejętnością wybaczania. Co okazuje się niezwykle przydatne w sytuacji, kiedy samotnicy zza ściany łakną ludzkiego ciepła. Małaszyński zamyka swego bohatera w gesty „obronne”, niejako chroniące go przed – jak się okazuje – surową rzeczywistością, nieustannie otacza kokonem dłoni. Jego Paweł świadomy swej atrakcyjnej cielesności, jednocześnie jest cielesnością tą – przynajmniej w zderzeniach z „moherem” – skrępowany. Przyznać należy, interesująco poprowadzona rola. Podobać się może (bez podtekstów, proszę) Maksymilian Rogacki (jako Wojtek, lekarz pogotowia – więcej nie zdradzę). Z dwu pięknych pań – Katarzyny Glinki i Ilony Chojnowskiej, grających Małgosię, córkę „moherowego beretu” – osobiście wolę tę drugą, wyposażyła bowiem postać nie tylko w zgrabne kształty, ale pełniej wykorzystała swoje pięć minut, by w pełni ukazać dramatyzm („pełnej”, tj. nazbyt dobrze odżywianej w dzieciństwie córuni), której „moher” najchętniej nie wypuściłby z rąk i teraz.
„Berka” napisałem ze... złości – oświadczył po jego publikacji Szczygielski. – Ze złości na to, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat zacząłem czuć się chwilami niewygodnie jako gej. Ale także ze złości, że zabrakło mi w naszej literaturze, filmach i teatrze wizerunku gejów będących integralną częścią naszego społeczeństwa, a nie wyrzutkami, marginesem bądź oderwaną od rzeczywistości społecznością.” Jeżeli Szczygielski nawiązał w tytule swej sztuki do „Upiora w operze”, to – podejrzewam – uczynił to z przekonania i w wierze, że jego upiór i tegoż upiora „upiorni” pobratymcy okażą się w gruncie rzeczy, jak bohater musicalu Andrew Lloyda Webbera, kimś, kto żyjąc mniej lub bardziej szczęśliwie, pozwala żyć innym. A może nawet będzie zdolny tych "innych" polubić?

Krzysztof Rozner

Marcin Szczygielski, "Berek, czyli upiór w moherze", Teatr Kwadrat,
premiera 28 lutego 2008